Mama

„Wybitny twórca teledysków staje się wybitnym artystą”

Ok, przyznaję – Dolan jest wybitnym reżyserem. Dla legionu fanów Dolana może być to stwierdzenie oczywiste, lecz ja przez lata omijałem tego typu manifesty. W każdej rozmowie, w której ktoś rozwodził się nad jego fenomenalnością, przyjmowałem rolę kontrarianina, i negowałem ją jak tylko mogłem. Co nie znaczy, że należałem do tych którzy go nie znosili, i podnosili często słyszane zarzuty o pretensjonalność, przerost formy nad treścią, efekciarstwo i „teledyskowość”. Doceniałem jego kunszt i indywidualizm, ale czegoś mi brakowało w jego filmach. W postaci „Mamy” dostałem dokładnie to czego wcześniej nie miałem.

Fabuła jest na swój sposób inwersją „Zabiłem moją matkę”. Tym razem, głównym bohaterem jest matka, a to syn jest sprawcą zła i nieszczęścia. Steve jest definicją „problemowego dziecka”. Kradnie, przeklina, prowokuje konflikty, miewa niekontrolowane ataki agresji, i wydaje się że nic nie jest w stanie tego zmienić. Mimo młodego wieku, niejeden psycholog postawił na nim krzyżyk jako na „przypadku nieuleczalnym”. Jego życie składa się z ciągłych pobytów w różnych ośrodkach poprawczych i kolejnych porażkach dostosowania się do normalnego życia. Poznajemy go po tym jak zostaje wyrzucony z kolejnej takiej instytucji, po tym jak podłożył ogień w szkolnej kafejce, co jeden uczeń przypłacił poważnym poparzeniem twarzy. Zostaje odesłany z powrotem do Diany, zwanej Die, swojej mamy, którą gra po raz kolejny fenomenalnie Anne Dorval. Die, po tym jak jej mąż umarł, jest samotną matką bez żadnego wyższego wykształcenia, próbującą związać koniec z końcem. Na pewien sposób, jest lustrzanym odbiciem swojego syna. Jest wulgarna, bezpośrednia, manipulatywna i mimo wieku 40 lat obnosi się niczym nastolatka. Ich zażyłość jest bliższa relacji brata i starszej siostry, niż syna i matki. Nie jest w oczywisty sposób pozytywną postacią, a jednak cechuje ją bezwarunkowa miłość do Steve’a i nieustająca chęć wyciągnięcia go z impasu życiowego w którym się znalazł. Lecz wszystkie jej wysiłki spełzają na niczym, do momentu kiedy w ich życiu pojawia się Kyla, sąsiadka z drugiej strony ulicy. Tajemnicza, nieśmiała i mająca duże problemy z wypowiadaniem zdań z powodu problemów z jąkaniem, wkracza w ich życie przypadkiem, będąc świadkiem jednego z pełnych przemocy incydentów pomiędzy synem, a matką. Mimo tego, że wydaje się łatwą ofiarą dla agresywnego i dominującego Steve’a, to jej podejście będzie katalizatorem zmian w jego osobowości, i iskierką nadziei dla Die że jej syn ma jednak przyszłość… Rzecz jasna, ponieważ to film Dolana, nie można się spodziewać prostolinijnej, pokrzepiającej na duchu opowieści o tym jak dobro zmienia nawet najtrudniejsze przypadki. Jest to burzliwa, zawiła psychologicznie opowieść, z bardzo niejednoznacznym i druzgocącym zakończeniem.

Powróćmy do kwestii „teledyskowości”, gdyż ona jest głównym elementem układanki dlaczego dla mnie ten film różni się od innych filmów Dolana. Poprzez „teledyskowość” rozumiem (i zapewne nie tylko ja, gdyż ten termin jest pierwszym, który zwykle można usłyszeć od kogoś komu się nie podobał film Dolana) budowanie filmów na formie, muzyczno-wizualnym stylu, mającej na celu uzyskanie emocjonalnej reakcji, a nie na głębokiej treści psychologicznej i wielowymiarowych postaciach. W tym kontekście, nazwanie twórczości Dolana w taki sposób jest pewną niesprawiedliwością, gdyż w jego filmach pojawiają się takie elementy (dla przykładu postać matki w jego debiucie wcale nie jest jednowymiarowa), ale biorąc pod uwagę, że to „Wyśnione miłości” są uważane za dotychczasowe opus magnum Dolana, i jest to film, który większość jego fanów uważa za ten najlepszy i najbliższy ich sercu, takie ujęcie sprawy wydaje się uzasadnione. Patrząc obiektywnie na ten film, trójka głównych bohaterów jest naprawdę płaskimi postaciami. Miałyby dużą trudność w przejściu przez prosty, lecz bardzo przydatny test na siłę postaci w filmie, test Harrego Plinketta: „Opisz postać bez mówienia jak wygląda, jaki jest jej zawód ani jaka jest jej rola (z punktu widzenia fabuły) w filmie”. Okazałoby się, że postacie są równie skomplikowane jak w przeciętnym romansie. Lecz nie na głębokich postaciach polega siła tego filmu. Dolan opanował do perfekcji techniczną stronę filmu – muzyka, obraz, pewne, nazwijmy to, zabiegi artystyczne, pop-kulturowa poetyka, zabawa kiczem. Wszystko to sprawia że jest się w stanie poczuć z dużą intensywnością emocje bohaterów - miłość, nienawiść, pożądanie, tęsknota etc. Niczym piosenka z idealnie wykonanym teledyskiem trafia prosto do sfery emocjonalnej. Problem się zaczyna w momencie, gdy ktoś, z takiego powodu czy innego, nie da się całkowicie ponieść emocjom wzbudzanym przez styl, i zaczyna dostrzegać wady scenariusza, czy to płaskie postacie, czy niesatysfakcjonujące rozwinięcia wątków czy też, odwrotnie, rozdmuchiwanie prostych historii niepotrzebnie w długości (Laurence Anyways), etc. Wtedy forma zaczyna denerwować i sprawiać wrażenie pustej i pretensjonalnej. „Tom” był ciekawym eksperymentem, i dynamika pomiędzy dwoma głównymi postaciami była intrygująca, lecz koniec końców, nie zobaczyłem w nim wiele więcej niż próby stworzenia nieheteronormatywnego thrilleru psychologicznego i kolejnych eksperymentów z formą.

W „Mamie” perfekcja formy wreszcie dorównuje perfekcji treści. Głębia i wielowymiarowość bohaterów i skomplikowanych związków pomiędzy nimi jest na najwyższym poziomie. Wszystkie trzy główne postacie są na tyle pełnokrwiste, że w trakcie filmu zmienia się nam to z kim się utożsamiamy. Im dalej w las, tym odkrywają się przed nami kolejne warstwy i poziomy sytuacji, w której znalazła się Die i jej syn. Miłość, nienawiść, wina, odpowiedzialność za błędy, wszystkie te rzeczy nabierają więcej niż jednego znaczenia. Kiedy już myślimy, że poukładaliśmy części układanki i wiemy na czym polega problem i w jakim kierunku się potoczy, reżyser brutalnie wybija nas kolejnym zwrotem akcji i kolejną odsłoną. Dzięki temu jak inteligentnie Dolan prowadzi fabułę i manipuluje (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) naszymi odczuciami, film jest bardzo intensywnym przeżyciem. W fundowaniu widzowi intensywnych przeżyć Dolan akurat zawsze był dobry, ale tym razem nie osiąga tego przede wszystkim przez formę, ale również przez treść. Różne zabiegi (choć bardziej oszczędnie stosowane niż w „Wyśnionych Miłościach”), które same w sobie mogłyby się wydawać pretensjonalne, tutaj pasują jak ulał, ponieważ służą pełnokrwistej fabule, i wyzwalają w nas silną, można by powiedzieć zasłużoną, reakcję emocjonalną. W momencie gdy łączy swoje mistrzostwo stylu z pełnowymiarową, poruszającą historią ujawnia się jego pełny potencjał.

Tak więc, w moim umyśle, Dolan tym filmem dołączył do grona artystów. Po obejrzeniu „Mamy” nie miałem tylko wrażenia jakbym wysłuchał naprawdę dobrą piosenkę z fenomenalnym teledyskiem, ale po seansie myślałem o postaciach, o dylematach, o podjętych wyborach, o ich dalszych losach po zakończeniu filmu. Jest to zapowiedź naprawdę wielkiego kina. Nawiasem mówiąc, zastanawia mnie jak ten film odbiorą fani „Wyśnionych Miłości”. Żaden z głównych bohaterów nie jest młodym, dobrze ubranym hipsterem, ani osobą LGBT (choć ten element nie jest do końca oczywisty), a ścieżka dźwiękowa, jak na Dolana, jest bardzo mainstreamowa, zamiast The Knife dostajemy Oasis, i , o zgrozo, Counting Crows. Nie wiem, może upraszczam sprawę. Wiem tylko, że „Mama” jest w wyraźny sposób nawiązaniem i wariacją jego debiutu, i jeżeli Dolan postanowił powracać chronologicznie do swoich filmów i robić ich kolejne wersje z nowej perspektywy, to już nie mogę się doczekać nowych „Wyśnionych Miłości”.

Jerzy Winiecki

Nazwa użytkownika